Andorra - Estany de Montmalus 2440 m n.p.m. | © 1997-2005 Jacu




Wytwórnia chłamu BAALBERITH prezentuje:

KRAKOWSKIE KNAJPY

Część pierwsza:
Co może się przyśnić w tawernie. Śni Jackill.


Zwiedzając krakowskie knajpy, jakich bez liku mieści się w okolicach Rynku Głównego, nie sposób nie trafić do tawerny "Zęza pod Złamanym Jagnięciem".* Przywiedzie nas tam zapach palonej na dziedzińcu trawy, subtelne głosy miłośników morza śpiewających pieśni żeglarskie i pokusa spróbowania niezwykle tanich, jak na tę okolicę, piw, o cenach których informuje nas tablica reklamowa umieszczona przy wejściu do bramy. Mijamy więc obojętnie znajdujący się nieopodal Klub Czarnych Muzyków "Harry i spółka" i wkraczamy na niewielki dziedziniec, zastawiony szczelnie w sezonie letnim trzema stolikami. Obecnie mamy zimę, a więc na dziedzińcu zastać można jedynie kilka doniczek z niezwykle starannie pielęgnowanymi roślinami egzotycznymi i ewentualnie kilku skostniałych z zimna amatorów zielonych wrażeń. Otwieramy przeszklone drzwi i posyłając uprzejmy uśmiech panu Franciszkowi, pilnującemu porządku w kolejce przed toaletą, schodzimy po wąskich drewnianych schodach.

Tawerna ta to jedno wąskie pomieszczenie, którego ściany ozdobione są rysunkami żaglowców, Neptuna, syren i cholera jeszcze wie czego. Na lewo od schodów znajduje się bar, na prawo poustawiane są pod ścianami długie stoły i ławy, oświetlone mdławym światłem kilku żarówek. W barze można zakupić piwo, coś na ząb (flaki, kiełbaski i inne paskudztwa) oraz stojący na barze żółty telefon (który kosztuje złotówkę, o czym informuje stosowna karteczka).

Lokal nie jest zbyt obszerny, lecz nikomu z gości to nie przeszkadza. Siedzą sobie na głowach i zręcznie wymachują nożami gitarami, papierosami, giwerami i czym tylko kto ma pod ręką. Jakiś pijany facet usiłuje pokazać drugiemu sztuczkę z zapałkami, inny opowiada jakiś kawał, jeszcze inny (słuchacz poprzedniego) popełnia właśnie samobójstwo. Barman obserwuje to wszystko ze stoickim spokojem, czasem tylko krzyknie przez całą salę "trzy pięćdziesiąt", jeśli któryś z klientów przez przypadek (lub celowo) rozbije kufel (sobie lub komuś na głowie). Jakiś blondyn śpiewa szanty, akompaniując sobie na gitarze. Dzielnie mu w tym wszyscy pomagają, wypełniając całe pomiszczenie mocnymi, dźwięcznymi męskimi głosami. Niewiasty raczej nie śpiewają, palą za to mnóstwo papierosów i uśmiechają się pięknie. Wśród nich kręci się blondwłosy Kubarek z determinacją w oczach, usiłujący poderwać wszystko co się rusza i nie rusza, z nogą stołową włącznie. Niestety wszystko co się rusza i nie rusza, nogą stołową włącznie, skierowało swój pełen uwielbienia wzrok na siedzącego przy stoliku po prawej, niedaleko koncertującej grupki, młodzieńca.

A jest na co popatrzeć. Młodzieniec ów, Jackill, krzepki i zdrowy, o rumianej twarzy okolonej gęstą brodą od dołu i złotobrązowymi włosami z pozostałych stron, prezentuje właśnie zebranym swój nowy nóż, którym spokojnie można by zaszlachtować Babuszkę. Jego pełne usta poruszają się miarowo kiedy ich właściciel opowiada mrożącą krew w żyłach historię, jak to wymusił, za pomocą tegoż noża, na pewnym dwa lata młodszym uczniu, zwrot niezwykle wartościowego komiksu. Opowieść kończy się wreszcie i zachwycone dziewczęa mogą teraz oglądać, jak ich idol wyciąga z kieszeni swych seksownych czarnych szturmówek pudełeczko zawierające specjalną mieszankę tabaki, wysypuje porcję na kartę telefoniczną, drugą kartą przygotowuje dwie działki, a potem swym nowym nożem przecina jednym ruchem słomkę stół i znajdującą się pod tymże stołem nogę kolegi. Wysoki a chudy kolega Jackilla, Pipen, właściciel odciętej nogi, nie przejmuje się zbytnio utratą kończyny, ze śmiechem przyjmuje przeprosiny, sam przeprasza parokrotnie i spada pod stół, by tam, nie przeszkadzając nikomu, wykrwawić się na śmierć. Jackill może kontynuować zażywanie tabaki - za pomocą obciętej słomki wprowadza orzeźwiający proszek do swych imponujących nozdrzy. Jest twardy - nie kicha, ociera jedynie ukradkiem załzawione oczy i krzyczy do barmana, aby mu podał wódki i piwa na przepitkę.

Tak mijają godziny. Kolejna noc upływa na pijaństwie i śpiewaniu szant. Nawet najtwardszych zawodników morzy powoli sen. Także i Jackill kładzie swoją włochatą głowę na twardym blacie stołu, podczas gdy jego wątroba ciężko pracuje, starając się zneutralizować hektolitry wypitego przez swego właściciela piwa. Jego żołądek wydaje żałosne odgłosy zastanawiając się zapewne, czy nie zwrócić niewygodnego balastu, pęcherz napełnia się powoli, a płuca cieszą się z chwilowej przerwy w absorbcji substancji smolistych. Jackill zasypia, jego głowa robi się ciężka, a w mózgu pojawiać się zaczynają dziwaczne obrazy.

Jackill znajduje się w jakimś ciemnym i dusznym pomieszczeniu. Pod sufitem błyska niebieska żarówka, wszędzie pełno dymu, a z ukrytych gdzieś głośników wydobywają się nieludzkie wrzaski, ryki i inne nieprzyjemne dla ucha dźwięki. Wszędzie na podłodze, pod ścianami i na środku sali leżą ciała - nieruchome, zastygłe w jakichś dziwacznych, poskręcanych pozach przedśmiertnej agonii, pokryte grubą warstwą kurzu i bigosu. Jackill podchodzi ostrożnie do jednego z ciał i przygląda mu się - najpierw z daleka, później zaciekawiony zaczyna coraz bardziej przybliżać swą twarz do trupa. W końcu wyciąga ręję i chwytając z obrzydzeniem zezwłok za włosy, podnosi mu głowę i zagląda w twarz. Trup ma oblicze spokojne, wręcz pogodne, półprzymknięte powieki skrywają błękit tęczówek, a niesforne blond kosmyki opadają na gładką twarzyczkę. Jackill uśmiecha się mimo woli i wolną ręką gładzi tę spokojną, wykłutą jakby z marmuru fizjonomię, przywodzącą mu na myśl oblicze śpiącego spokojnie dziecka. Ale "dziecko" to krzywi nagle w straszliwym grymasie usta, ukazując spróchniałe, poczerniałe i niekompletne uzębienie. Jego twarz zmienia się całkowicie - pokrywa się siecią zmarszczek, pakórkami czyraków i cuchnącymi bagnami ropiejących wrzodów. Posąg z białego marmuru zamienia się w przegniły, pokryty mchem i pajęczyną nagrobek, z którego otworów wydobywa się trujący odór. Jackill odskakuje gwałtownie i zaczyna cofać się, nie spuszczając z oka wyszczerzonego oblicza. A w tym samym czasie zaczynają się poruszać pozostałe ciała, otrzepują się z bigosu i wstają, obserwując przerażonego Jackilla żółtymi ślepiami.

-To już koniec- myśli autor tego nieprzyjemnego snu, lecz nagle czuje znajomy ucisk przepełnionego pęcherza, który może zwiastować rychłe przebudzenie się - Mam nadzieję, że zdąże to zrobić, zanim te potwory mnie pożrą - po tej myśli zaczyna niepostrzeżenie walić łbem o podłogę, aby przyspieszyć moment zbawiennego ocknięcia się. Jeden z potworów podpełza w tym czasie do niego i chwyta go za ramiona. Uwięziony w żelaznym uścisku Jackill nie może wydusić z siebie ani słowa, patrzy tylko błagalnie w obrzydliwe oblicze potwora, gdy ten zaczyna nim potrząsać, rozwierając spróchniałą paszczę chucha w jego stronę zgnilizną i wrzeszczy nieludzkim głosem:
- To nie hotel, tu się nie śpi! To nie hotel, slyszysz, tu się nie śpi!!! Obudź się! Nie śpi się na stole!! To nie hotel!

Brutalnie obudzony Jackill patrzy z wdzięcznością w zirytowane trochę, lecz żywe i nie przegniłe oblicze barmana, po czym wstaje i udaje się po schodach w stronę toalety, zastanawiając się po drodze, czy w hotelu można spać na stole.
Po oddaniu moczu, z uczuciem ulgi i swoistej lekkości Jackill wraca do Tawerny aby pozbierać swoje rzeczy
- Słomka, tabaka, nóż, portfel, polar, woreczek na tytoń, noga Pipena, fajka, zapałki, narkotyki..STOP, zapałek nie biorę; przewodnik po Pieninach, linka, sunia... a nie, to Artura; no, to chyba już wszystko....
Gwar i ruch w tawernie powoli zamiera, żywi wynoszą nieżywych, niedobitki awanturują się o jeszcze jedno piwo. Jackill wychodzi na świeże powietrze, przeciera jeszcze raz zaspane oczęta, przeczesuje się (dlaczegóżby nie miał się przeczesać? Dlaczegóżby nie?) i powoli kieruje się w stronę południowo-wschodniego krańca Rynku, by ulicą Grodzką dostać się na plac Wszystkich Świętych, gdzie znajduje się przystanek tramwajowy. Jackill ustawia się przy krawężniku i czeka. Czeka. Czeka. I czeka. A potem przez chwilę jeszcze czeka, po czym, dla odmiany, czeka.
- Dzień dobry, Jackillu, co robidz? - nagle, jak spod ziemi, przed Jackillem wyrasta Szklara w całej swej plugawej okazałości.
- Czekam na tramwaj - odpowiada zdumiony cokolwiek Jackill.
- A, to popełniasz błąd - orzeka Szklara ze znawstwem
- Naprawdę? Zmęczony Jackill zastanawia się, z jakiegoż to powodu Szklarze znów odbiło
- Widzę w twych oczach niedowierzanie. A przecież wyraźnie jest napisane - proście, a będzie wam dane, czekajcie, a ocipiejecie....
- Gdzie tak jest napisane? - pyta zdumiony Jackill
- Tutaj - odpowiada Szklara, wskazując na gablotkę z informacjami MPK, gdzie, rzeczywiście, wyraźnie, dużymi niebieskimi literami wypisana jest ta właśnie "maksyma"
- To co mam robić?
- Jakto co? Działać. Czy nie zauważyłeś, że zawsze kiedy, dajmy na to, autobus ma przyjechać za piętnaście minut i ty w tym czasie postanawiasz przejść się na następny przystanek, co zajmuje w najgorszym wypadku minut 5 do 8, to choćbyś biegł, i tak ci się nie uda - autobus przyjedzie wcześniej, wtedy, kiedy będziesz akurat w połowie drogi między przystankami. Albo - spójrz na tego tam - kontynuuje wywód Szklara - Czeka tu już od dwóch godzin na 18-stkę, zirytowany zamówił taksówkę. Możemy się założyć, jaki tramwaj tu przyjedzie, mniej więcej minutę po taksówce... I rzeczywiście. Nadjeżdża taksówka, facet wsiada, zamyka drzwi, a co pojawia się na zakręcie? Czyżby to był tramwaj nr 18?... Szklara tryumfująco spogląda na Jackilla.
- No dobra. To co mam zrobić? - pyta Jackill
- Zapal sobie - odpowiada Szklara i częstuje go papierosem. Jackill zapala, zaciąga się i w tej chwili na przystanek zajeżdża nowiutki autobus marki Neoplan.
- Oddaj mi papierosa i wsiadaj! - Szklara popycha Jackilla w stronę otwartych przednich drzwi, przez które widać ponaglający bezzębny uśmiech kierowcy.
- Ale na tym przystanku autobusy się nie zatrzymują... - oponuje skołowany Jackill
- Widzisz, jakie masz szczęście - ten zrobił dla ciebie wyjątek. Wsiadaj i nie nadużywaj jego dobroci!
- A ty nie jedziesz? - pyta już ze środka autobusu Jackill
- Jadę, ale potem - rzuca starym żarcikiem Szklara - A tak poważnie, to czekam na pociąg - mówiąc to zaciąga się papierosem i mruga porozumiewawczo do Jackilla. Drzwi zamykają się i autobus rusza, a Jackill obserwuje przez tylną szybę jak na przystanek tramwajowy w zabytkowym centrum Krakowa podjeżdża elektrowóz i 20 wagonów osobowych drugiej klasy...

- Proszę nie spać w toalecie! Inni czekają! - Jackill ze zdumieniem odkrywa, że stoi nad kiblem, opierając się jedną ręką o ścianę, drugą zaś usiłując rozpiąć rozporek. W drzwiach kibla stoi pan Franek, a tuż za nim widać rządek klientów tawerny ze skupieniem na twarzach obserwujących swoje buty.
- Niech się pan już tak nie męczy z tym rozporkiem, i tak za późno - zauważa pan Franek, wskazując palcem na wielką mokrą plamę na spodniach Jackilla i na podłodze. Skonfudowany Jackill opuszcza święty przybytek i schozi na dół, wypić jeszcze jedno piwko przed wyjściem.
Siada na skrzyni przy barze i obserwuje zaspanych żeglarzy - starych wilków morskich, żeglarzy szuwarowo-bagiennych i tych, co żeglarstwo znają z widzenia, ewentualnie ze słyszenia. Przy stoliku naprzeciwko zauważa dwie nieznane sobie twarze, oraz ich właścicieli. Prowadzą oni ze sobą jakąś wielce ciekawą rozmowę.
- O Boże! - wykrzykuje nagle jeden z nich, odziany w gustowne spodnie dresowe zdobione trzema ręcznie wykonanymi paskami. Jackill zaczyna uważniej przysłuchiwać się rozmowie mniemając, że ma ona charakter teologiczny.
- Nie wywołuj wilka z lasu - ostrzega pierwszego drugi, odziany jedynie w hawajską spódniczkę z trawy, i podejrzliwie rozgląda się po Sali. Jackill zauważa, że jest on troszkę podobny do prof. Janusza Lutego, zwanego Kukusiem.
- Dlaczego? - pyta dresiarz
- Bo to kosztuje - odpowiada mu Kukuś ("tak to prawie na pewno on - ta sama postura, ten sam zadarty nosek..."), szeleszcząc spódniczką schyla się pod stół, skąd wyciąga niewielką karteczkę i czyta - wywołanie 3 złote, odbitki od 45 groszy do 5 złotych...
- Od czego to zależy?
- Od tego, co pan będzie odbijał. Flaszka na przykład kosztuje złotówkę, a nerki 4 złote - informuje dresiarza osobnik w trawę odziany, który na 100% jest Lutym ("oby mnie tylko nie zauważył")
- A piłeczka pingpongowa? - głód wiedzy pierwszego osobnika jest godny pozazdroszczenia
- A, na to mamy ofertę specjalną: trzy w cenie jednej plus odbitka ksero portretu Lenina w Poroninie gratis.
- Chyba panu odbiło! Lenin nie będzie mi pasował kolorystycznie do piżamy żony!
- A, to zależy jak leży?
- Żona?
- Nie, piżama?
- A, bardzo dobrze.
- A spodnie? - Janusz w spódniczce okazuje żywe zainteresowanie stanem garderoby dresiarza
- Też nie najgorzej - skromnie odpowiada zapytany - tylko kanty się trochę rozprasowały
- My jesteśmy porządną firmą - żadnych kantów
- W takim razie poproszę śledzia - powyższe wyznanie przekonuje pana w dresie do pana w spódniczce (którym jest Janusz L., pseudonim artystyczny "Warchlak")
- Na patyku?
- Wolałbym jako zagrychę do wódki... - nieśmiało proponuje dresiarz
- A, wódki nie ma. Wyszła.
- Dokąd?
- Do sklepu.
- Kiedy wróci? - chce wiedzieć dresiarz
Pan Kukuś patrzy na zegarek i mówi:
- Teraz - po czym wyciąga spod stołu wielką czerwoną miednicę i rzyga do niej - Proszę - stawia miednicę przed dresiarzem.
- Nie dziękuję. Posiedzę.
- Jak pan chce...
- No, niezbyt długo. Wikt więzienny mi nie służy...
W tym momencie do rozmawiających podchodzi barman
- Nie wolno wnosić własnego alkoholu. Konfiskuje to - po tych słowach chwyta miednicę i biegiem udaje się na zaplecze.
Tymczasem Jackill nie wytrzymuje nerwowo.
- Te poronione sny mnie wykończą - mówi do siebie i zaczyna kombinować, jakby się tu obudzić. W końcu bierze nóż i wbija go sobie w dłoń. Boli jak cholera, krew bluzga po ścianach.
- Przynajmniej już nie śpię - myśli zadowolony Jackill, obandażowuje sobie rękę brudną chusteczką i, na wszelki wypadek nie spoglądając w stronę stolika naprzeciwko skrzyni, odstawia na bar butelkę po piwie. Zza zasłonki oddzielającej zaplecze wyłania się postać barmana, na swoją przedziurawioną rękę, na pana w dresie i pana Warchlaczka w spódniczce z trawy, znowu na swoją rękę, po czym chwyta za nóż i z okrzykiem "A, jestem Janusz Luty! A, jestem w autobusie!" zadaje sobie kilka ran w brzuch i klatkę piersiową, po czym pada martwy na podłogę.

EPILOG

- To nie hotel, tu się nie śpi! To nie hotel, słyszysz, tu się nie śpi!!! Obudź się!!! To nie hotel! - Jackill powoli otwiera jedno oko, potem drugie, rozgląda się wokoło. Skołowany umysł rejestruje, że właściciel znajduje się pod stołem, przytulony do chrapiącego słoko Pipena, spocony jak świnia w rzeźni. Widok zasłania surowe oblicze barmana.
- To był tylko sen - mamrocze Jackill i na czworakach wyczołguje się spod stołu. Tylko co mi się takiego śniło. I od którego momentu to był sen. Pamiętam, że siedzieliśmy przy tym stole, zażywałem tabakę, obciąłem nogę Pipenowi, wypiłem trochę, a dalej to już nic nie pamiętam... Ale Pipen ma obie nogi! - Jackill dla pewności szarpie śpiącego za kończyny - w takim razie spałem już jak zażywałem tabakę. Nieważne zresztą... - Jackill zbiera się do wyjścia.
Tawerna powoli pustoszeje. Wraz ze świtem do jej bywalców przychodzi nagle kac i smutna refleksja nad sensem życia, pustką w portfelu i niedzielnym rozkładem jazdy tramwajów.
Jackill wychodzi powoli po schodach i z trudem otwiera drzwi na zewnątrz (gdzie te wszystkie dziewczęta, które jeszcze przed paroma godzinami patrzyły na niego z takim zachwytem? Dlaczego nie pomagają mu otworzyć tych przeklętych drzwi?!). Mroźne krakowskie powietrze otrzeźwia go lekko, dzięki czemu być może uda mu się dotrzeć na przystanek. Snuje się przez wymarłe jeszcze ulice, starając się ignorować denerwujące dzwonienie, które towarzyszy mu odkąd wypełzł "na powierzchnię" (to jego ojciec śle wściekłe SMS-y, w których informuje go, że nie ma po co wracać do domu i niech się nawet nie waży położyć na wycieraczce).
Jackill dociera wreszcie na przystanek na placu Wszystkich Świętych. Pustka zalegająca w jego głowie odkąd został brutalnie obudzony, ogarnęła chyba również ulice. Nie ma na nich żadnych samochodów, tramwajów, przechodniów. Ale Jackill na razie tego nie zauważa, próbuje sobie bowiem przypomnieć cokolwiek z ostatnich kilku godzin. Idzie mu to opornie. Po upływie pół godziny przeszywa go okropny ból - ten nieznośny ból, znany chyba każdemu, to, paradoksalnie, brak czucia w palcach u nóg. Do Jackilla dociera wreszcie, że stoi już na tym przystanku na tyle długo, by zamienić się w sopelek (bardzo ładny sopelek...). I nagle, jak światła lecącego z ogromną szybkością UFO, przemyka mu przez głowę pewien obraz, urywek, niestety tylko urywek, niedawnego snu. Jackill drżącą ręką sięga do kieszeni i znajduje tam cudem ocalałego, ostatniego papierosa. Zapala go, zaciąga się kilka razy i w tym momencie z piskiem opon zatrzymuje się przed nim autobus. Bezzębny kierowca uśmiecha się szeroko, zapraszając go do wejścia na pokład. Jackilla ogarnia przerażające uczucie deja vu, pomimo tego wsiada do autobusu, próbując sobie przypomnieć, co też mu się takiego śniło w Tawernie. Po chwili jednak rezygnuje.
- Nieistotne. Najważniejsze, że już się obudziłem - myśli sobie i obserwuje przez tylną szybę jak na przystanek tramwajowy w zabytkowym centrum Krakowa podjeżdża elektrowóz i 20 wagonów osobowych drugiej klasy...

KONIEC