Wolność


Tego dnia zbudził mnie ze snu pies. Szczekał. Tak, szczekał. Poderwałem się z pryczy niespokojny. To sen... Nie to nie był sen. Jeszcze przez chwilę słyszałem ten dźwięk. A potem znów cisza. Po całych wiekach ciszy to szczekanie wydawało się niesamowitym hałasem. Siedziałem z głową w dłoniach próbując się pozbierać. Próbowałem sobie wmówić, że to tylko sen. Udało się na razie...

I znów wyszedłem na spacer. Wędrowałem korytarzami. Niegdyś białe, teraz raczej szare, pokryte siecią pęknięć. Zaułki i skrzyżowania. Mogę tak chodzić całymi dniami! Wciąż poznaję nowe obszary. Nigdy nie sypiam w tej samej celi dwa razy. Nawet gdybym chciał, nie trafiłbym z powrotem w to samo miejsce. Nawet gdybym przypadkiem trafił, nie poznałbym. Każde pomieszczenie wygląda identycznie. W każdym pod sufitem plączą się otynkowane rury, w każdym na podłodze identycznie popękana wylewka. Każda prycza w identycznym nieładzie. Kiedyś moim sposobem (tak myślałem) było pozostawianie rozgrzebanej pryczy. Myślałem, że po tym poznaję swoją. Dopiero później zrozumiałem, że wszystkie wyglądają tak samo. Wtedy zacząłem ścielić. Nigdy już ich nie znalazłem. Każda z sal śmierdzi nawet tak samo - mną. Każdy kibel w identycznym układzie, z identycznym cieknącym kranem, z zaciekami ze rdzy, z ciemnym nalotem brudu, z czarno białymi płytkami na podłodze, śmierdzącym pisuarem. Jedyne dźwięki jakie słyszę to niosące się po rurach odgłosy jakiegoś odległego, nieokreślonego życia. Jedyne światło jakie widzę, to żółtawe, mrugające żarówki. Powietrze przesycone stęchlizną i unoszącym się w nim kurzem.

Nienawidzę tego echa, tej ciszy wypełnionej mną. Moje kroki, moje skrzypiące buty, nawet moje burczenie brzucha niesie się po rurach do innych więźniów takich jak ja. Kto nas tu trzyma? Nikt. Jesteśmy wolni. Bardziej nawet wolni niż wszyscy ci, którzy żyją Tam. My nie musimy nic robić, nikt nas do niczego nie zmusza - bo nikogo tu nie ma. Nikt mi nie zabronił nigdy stąd wyjść. Jakże więc mogę nazywać się więźniem? To miejsce, to miejsce samo mnie uwięziło. Nie spotkałem moich towarzyszy. Domyślam się po odgłosie spuszczanej wody, czy kroków kiedy leżę, że oni muszą być.

I nagle ten pies. Wyraźnie go słyszałem, choć nie mam pojęcia jak jego głos mógł dotrzeć aż tutaj. Jedno z niezliczonych pomieszczeń, takie samo jak każde inne. Puste i zimne, pełne metalicznych szczegółów. Białe jak sala szpitalna i nagle ten pies. Jeśli stąd wyjdę, już nigdy tu nie trafię, a ten odgłos, to jedyny ślad życia jaki mam. Zupełnie nieoczekiwany, dociera tu w chwili, gdy już pogodziłem się z tym losem. Wzywa do siebie, przyciąga ogromną siłą tak jak słońce przyciąga liście roślin.

Słońce. Czy ja widziałem kiedykolwiek słońce? Ale to nie jest łatwa decyzja. Jeśli ruszę w pościg za echem, jeśli zacznę ścigać uciekające po rurach dźwięki, czy kiedykolwiek mam szansę odzyskać spokój? Porzucić mój ustabilizowany doskonale świat dla mgławego widma? I czymże jest ten pies? Nadzieja do tej pory uśpiona naraz się rozbudziła. Pies. Jeśli za nim nie podążę, stracę nadzieję bezpowrotnie, stracę wszelką szansę. Ten pies nie wróci po mnie.

Zamieniłem się w dzikie zwierzę, zamieniłem się w tropiciela. Pędzę korytarzami bez wytchnienia. Mam w sobie energię, której nie znałem. Mam w sobie siłę, o posiadanie której bym się nie podejrzewał. Mam w sobie zapał i zaciętość, która umierała już w piwnicznym chłodzie. Dopadam zakrętów rur, kiedy ostatnie wibracje szczekania już milkną, wbiegam w korytarze, z których jakby głos psa właśnie uciekł. Przeciskam się przez tunele i wentylatory. Przecieram sobą tony pajęczyn, wyłamuję kłódki, odgarniam zagruzowane przejścia. I powoli korytarze się zmieniają. I światło jest inne i powietrze ma inny zapach. Nigdy tu nie byłem. Ale czy teraz mogę się zatrzymać? Kiedy znów będę mógł stanąć. Kiedy znów usnę? Czy jeszcze będę mógł spokojnie usiąść i nie bać się, że coś mi ucieknie? Pędzę.

Drabiny, tunele, szyby. Nie sądziłem, że można żyć tak głęboko. Jak długo tkwiłem tysiące ton ziemi głębiej? Jak wiele jeszcze przede mną?

Zatrzymuję się. Stoję na ostatnim stopniu szybu. Nade mną już tylko właz. Opuszczona klapa odgradza mnie od słońca, od powietrza od zieleni. Serce wali niespokojnie. Czy to mnie nie zabije? Czy przeciągi, deszcze, jaskrawe światło, przymrozki nie zrobią mi krzywdy? A co jeśli nad tą klapą jest tylko kolejny sufit i następne rury, następny beton i cisza? Stopa zaczyna drgać, podnoszę ją po to tylko, by opuścić na niższy stopień. I jeszcze jeden w dół i następny...

Nie słyszę już psa. I pewnie więcej już tu nie trafię.









Pamiętam, śniło mi się, jak stałem u wylotu tunelu. Krok od granicy światów. Dotarłszy tam po miesiącach, latach długiej wędrówki miałem za zadanie tylko nacisnąć starą klamkę i pchnąć drzwi, pchnąć klapę i wydostać się na świat. Ujrzeć życie. Przedłużałem tą chwilę. Cieszyłem się, radowałem, roztrwaniałem swoje szczęście, bo przecież za moment miałem czerpać z niego całymi garściami. Po wiekach spędzonych w piwnicach, w lochach zatęchłych, miałem wyjść na słońce, miałem skąpać się w źródlanej wodzie. Nieomal czułem zapach tego marzenia, tak bliskiego, tak łatwego do osiągnięcia. Bałem się, żeby mi nie pękło serce, kiedy to nastąpi. Już tylko uspokoję drgające ręce, zatrzymam trzęsienie nóg i ruszę. Zrobię ten ostatni - pierwszy krok.

Otwieram wrota. Oślepia mnie światło. W nozdrza uderza zapach ziemi, trawy kwiatów, powietrza. Nie widzę nic, ale orgia dźwięków, zapachów mnie otumania. Dotykam dłońmi ziemi. Dotykam delikatnego mchu. Dotykam łodyg trawy. Między palcami prześlizguje mi się dżdżownica. Życie! Kładę się. Przykładam twarz do zieleni, która powoli wlewa się między powieki. Kładę się na miękkiej glebie i przysypuję trawą, którą targam garściami, tak jak marzyłem. Witam krzykiem radości błękit, ten ogromny wielki błękit, po którym przewalają się białe góry... Jestem w raju! Słyszę śpiew ptaków i szczekanie psa! Tak, to szczekanie, które mnie tu doprowadziło! Podnoszę się patrzę w otchłań, w tunel, z którego się przed chwilą wydostałem. Bije z niego chłód i stęchlizna. Zatrzaskuję go ze złością. Żelazo wydaje szczęk, po czym w mgnieniu oka pokrywa je ziemia i porasta trawą - znikając na tej wielkiej łące. Stąd nie ma powrotu.

Wędruję między kwiatami słysząc śpiew niewidzialnych ptaków. Pies uciekł, nigdy go nie ujrzałem. Łąka rozpościera się od zachodu po wschód. Wokoło, aż po horyzont, w każdym kierunku - łąka. Wciąż tylko zieleń przeplatana kwiatami, błękit upaćkany bielą chmur. Żadnego drzewa, żadnego kamienia, żadnego jeziora czy rzeki. Nic, co mogłoby urozmaicić krajobraz, żadnego dźwięku oprócz tego cholernego świergotu! Ani kawałka cienia! Pustka.

Pamiętam, śniło mi się.

powrót