|
Szedłem wtedy ulicą. Szewską w Krakowie, jeśli dobrze pamiętam, a pamiętam bardzo dobrze, bo to w końcu jeden z najważniejszych momentów w moim życiu. Poczułem się nienajlepiej i zacząłem umierać. Ludzi dużo i wszyscy zaczęli się gapić. No, prawie wszyscy, ale ja miałem wtedy takie wrażenie. Głupio tak umierać kiedy wszyscy patrzą. Co więcej, postawiłem ich w bardzo niekomfortowej sytuacji. No bo jak się czuć, kiedy koleś właśnie próbuje wyciągnąć kopyta, a ty idziesz po fajki, albo do kibelka, bo bardzo chce ci się siku. Janie lubię stawiać ludzi w trudnych, albo krępujących sytuacjach, więc wstyd mi się zrobiło. Byli tam pewnie również tacy, którzy twierdzą, że nie lubią widoku śmierci, a nie mogli oderwać wzroku od takiego widowiska i pewnie im będzie wstyd, czy coś takiego, a za to mogliby mnie znienawidzić. Tym gorzej się poczułem. Ale nic już nie mogłem zrobić. Umierałem i nie za bardzo mogłem to zmienić, no cóż, bywa. Kiedy jednak znalazłem się już Tam, czy może gdzie indziej, poprosiłem, żebym mógł wrócić i umrzeć trochę inaczej, bo -mówiłem - śle się z tym wszystkim czuję. Oni są raczej litościwi, więc pozwolili.
Budzę się, a tu właśnie jest dzień mojej śmierci, ale rano. Zapomniałem powiedzieć, że umarłem wieczorem., około ósmej, albo nie, po siódmej, tak, dwadzieścia po siódmej, choć może... Tak czy inaczej jest poranek, jeszcze leżę w łóżku, ale już myślę jakby tu umrzeć. Postanowiłem zostać w domu. W domu nikomu nie będę się narzucał. Pozostał jeszcze problem jak i kiedy znajdą moje ciało. Mogło by to być niemiłe, jeśliby upłynęło dużo czasu. Stwierdziłem jednak, że to już nie mój problem. W końcu moja delikatność musi mieć granice, a ja już tego nie zobaczę, więc niech nikt nie ma do mnie o to żalu, w końcu muszę jakoś umrzeć, wszyscy umierają. Siedziałem zatem i czekałem na śmierć. Dość mnie to zajmowało, więc nie nudziło mi się zbytnio. Ale nic, absolutnie nic się nie działo. Nadszedł wieczór, a ja ciągle żyłem. Minęła już godzina mojego poprzedniego zgonu, a ja ciągle czułem się wyjątkowo zdrów. Zacząłem się martwić. Przecież - myślałem - umrzeć muszę. Podjąłem się analizy sytuacji. Może to chłód. Umarłem w zimie, na ulicy, więc może w mieszkaniu jest za ciepło. Otwarłem wszystkie okna na oścież, zrobiłem przeciąg otwierając lufcik w łazience, żeby mieć pewność. Było mi już zimno, ale nie kopałem ciągle w kalendarz. Zaświtało mi - może ruch, wysiłek. Zacząłem chodzić i skakać, nawet robiłem pompki w ostatecznej desperacji, ale nic. Padnięty do reszty zwaliłem się na fotel i znów zacząłem analizować. Idąc ulicą poczułem się nienajlepiej, a ponieważ sytuacja była niekorzystna, no bo ci wszyscy ludzie, a poza tym myślałem o różnych niefajnych rzeczach, o tym na przykład, że ludzkość zasługuje na zagładę i że w ogóle nie lubię ludzi, takie tam, to może jeszcze gorzej się przez to poczułem i umarłem. To mnie wkurzyło. Czyli w zasadzie zabili mnie ci ludzie, albo raczej w ogóle wszyscy ludzie? No nie, za co? Znienawidziłem ich za to, no i umarłem. Ale jeszcze umierając pojąłem, że niewinni i że śle robię nienawidząc ich. Było jednak za póśno. Ci Tam są litościwi, jak mówiłem, więc mówię, że mi głupio i wolałbym umierać jeszcze raz myśląc o czym innym, zgodzili się. Budzę się rano, w dzień mojej śmierci, już lekko podenerwowany, no bo nie wiem czy uda mi się umrzeć myśląc o czym innym, bo przecież z doświadczenia wynika, że umarłem dlatego, że właśnie to o czym myślałem zrobiło ze mną takie coś, że umarłem. Tak czy inaczej, rozumiałem, że muszę się nagłówkować jakby tu umrzeć. Ale czy jestem dość sprytny by samemu do tego dojść. Przecież nie mogę się nikogo zapytać, bo jeszcze zamiast odpowiedzi dostałbym kaftanik, a w zamian śmierci pojechałbym do czubków na wakacje. A wiedziałem, że umrzeć musze, dałem słowo, nie mogę zresztą nadużywać Ich cierpliwości. Sytuacja nie była łatwa. Tego dnia kochałem ludzi, z założenia. Nie wiedziałem co robić. Nie wstałem nawet z łóżka, myślałem. Nagle uświadomiłem sobie, że nie obiecałem, że umrę śmiercią naturalną, miałem tylko umrzeć. Więc dobrze, mogę popełnić samobójstwo. To proste. Nie mogłem jednak wyjść z domu, nie chcąc ryzykować powtórzenia pierwszego zejścia. Mogłem się zastrzelić, ale nie miałem w domu broni. Nie chciałem się wieszać, bo to takie symboliczne. Mogłem, naturalnie, zapić się na śmierć, ale nie miałem dostatecznej ilości alkoholu, w ogóle z tego typu substancjami w domu było dość ciężko. Ani strzykawki, ani nic. Nóż, tylko nóż nadawał się do tego - tak myślałem wtedy, dzisiaj pewnie znalazłbym inne rozwiązanie. Już nie myśląc naostrzyłem nóż, (wziąłem największy, dla pewności) i zacząłem się chlastać. Będąc już prawie martwym zrozumiałem swój błąd. Kocham wszystkich ludzi, uważam, że są w zasadzie dobrzy, więc co pomyśli taki ktoś, kto mnie znajdzie pochlastanego? Że ich nie lubiłem i poczuje się winny. To już nie to samo co ze zgonem naturalnym. Wtedy to byłoby ode mnie niezależne, a teraz zdecydowanie dałem dowód, że nienawidzę świata i ludzi. No cóż, jak już zszedłem powiedziałem Im co i jak, no i zesłali mnie nazad do domu, do łóżka, w dzień mojej śmierci rano. Już nie wiedziałem jak umrzeć, więc żyję. Olałem Tamtych, bo w zasadzie nie wyglądali na takich, którym zależy, żebym do nich przyszedł. Jak wykombinuję jak umrzeć, to umrę, ale już mi nie zależy. |
