Pewnej Zimy


I.

Gdzie oni są? Gdzie moi bohaterowie? Przyjaciele, którzy wprowadzili mnie w ten świat. Świat cudów i wyolbrzymionych uczuć, dobra i zła. Wiem gdzie są. Na wyciągnięcie ręki. Oko biegnie za wyprostowanymi palcami i tam, tam gdzieś w mroku pustki są oni. Ale nie zawołam, nie krzyknę wzywając ich. Obiecałem im wolność i spokój. Teraz jestem sam w tej cuchnącej celi, w plątaninie brudnych korytarzy, w chłodzie zimowej nocy...

To moja wolność, moja prawda.

Pierwszy krok bez nich. Bez rąk, które chronią przed upadkiem i podtrzymują. Bez głosów zachęty i pokrzepienia. Bez otuchy, którą daje sama bliskość drugiego człowieka. Sam na sam ze swoją samotnością. Sam na sam ze sobą. Brudnym i śmierdzącym ja, którego tak nienawidzę, ale kocham, bo jest mną. Wszystko co we mnie złe i nieprawdziwe jest tutaj. Ten świat nie jest ucieczką. Jest wolnością i prawdą. Smutną prawdą a wolnością utożsamioną tylko z samotnością.

Za oknem latarnie. Ale to okno jest z tego drugiego świata. Już nie jestem sam. Wciągnąłem Ciebie tutaj, do mojej pustki. Teraz tkwimy tu razem. Ale jesteśmy sobie obcy. Wszystko co między nami jest to chłód i pustka. Ale i to jest lepsze od Niczego. Twoja obecność hartuje mnie. Nie pozwala mi być sobą, słabym i strachliwym, jakiego widzę w lustrze. Muszę grać. Muszę sprostać roli jaką sobie narzucam, jaką stworzyłem dla świata. Muszę być tym, o kim mówi się w trzeciej osobie, tym, o kim myślę w trzeciej osobie. To już nie ja, to on, ten o którym myślę, gdy mówi się o mnie. Być sobą? To śmieszne. Nikt nie chce być sobą. Każdy może być tym, na co go stać, czyli jak dobrze potrafi zagrać. Z tego korzystam i na tym się wspieram, bo aktorem chyba jestem dobrym. To nie maska, to ja.

Nie oszukuję nikogo, okłamuję siebie. Znają mnie, ale nie wiedzą czym jestem. Sam tego nie wiem. To moje odbicie w lustrze, ta twarz, którą widzę i którą oni widzą - nie jest mną.

II.

Każda moja myśl, każde słowo poświęcone jest Tobie. Do Ciebie jest skierowane. Ty jesteś zawsze ze mną. W każdym uśmiechu, w każdej łzie, w każdym drgnieniu ręki, w każdym papierosie - jesteś Ty. Nie ma tylko Twojego Ciała. Nie ma Twoich piersi, Twoich włosów, dłoni, zapachu skóry...

Wokół mnie jest Samotność. To druga Ty. Brak Twojego głosu jest Samotnością, słowa które do Ciebie kieruję są Samotnością i myśli, one również są Nią. Mam Was obie. W szczęściu i nieszczęściu, w zdrowiu i w chorobie, póki śmierć nas nie rozłączy...

III.

Przyglądałem się dzisiaj dzieciom na placu zabaw. Starsze panie, pewnie opiekunki, przedszkolanki, patrzyły na mnie podejrzliwie. Może widziały we mnie zboczeńca, porywacza. Ja mogłem się mylić wobec nich, one mogły wobec mnie, ale te dzieci były prawdziwe. Śnieg entuzjazm i hałas. Chłopcy walczący śniegiem o swój status mężczyzny w pełni nieświadomości. Śmiech i śnieg. Płacz dziewczynki. Kontury domu ze śniegu w nim niepokój małych dziewczynek, który czyni z nich kobiety tęskniące za swoimi mężczyznami, w zimowe noce cerujące skarpetki wierząc, że przydadzą się gdy On wróci z wojny...

IV.

Słońce. Mróz. Śnieg. Cisza. Trzeszczy śnieg pod moimi stopami. Ten dźwięk odbija się od ścian wieżowców. Trzask pękającego lodu. Sam jestem. Obok mnie, tam gdzie powinny być Twoje buty, jest tylko śnieg. Słyszę wyraźnie ciszę, choć to powinien być Twój śmiech. Tak lubisz zimę... Staruszka prowadzi psa. Pies ślizga się niezdarnie po lodzie. Może to ich ostatnia zima? Nie wydają dźwięków. Nie widać pary bijącej z ich oddechów. Może oni już nie żyją?

V.

Miałam dzisiaj sen. Byłam w pustym pokoju, tylko stół, na którym krzesło a na nim on... nagi. Nie mówił nic. Patrzył. I pomimo jego nagości to ja czułam wstyd i słabość. Wstał, a potem przefrunął do okna i zniknął. Podeszłam do lustra. Moje rude włosy spływały na ramiona, zakrywały piersi. I nic, ciemność. Potem tramwaj, tłum pasażerów. Jedziemy razem. On szepcze mi do ucha. Jestem szczęśliwa i spokojna. Trzyma moją dłoń. Jest moim bratem. Najwspanialszym kochankiem. A potem szybko przelatują za oknem obrazy. Moje wspomnienia i marzenia. Inny świat, inne kolory. Kalejdoskop w którym przewracają się życia wszystkich ludzi. Wymieszane i rozszarpane na krótkie fragmenty, które już nie mają właściciela. I tylko moje piegi w odbiciu na szybie nocy...

VI.

...tak zaczął się dzień...

VII.

On wstał wcześnie tamtego ranka. On zrobił sobie herbatę. On zapalił papierosa.

VIII.

Ona zaspała.

IX.

On ubrał się. Popatrzył do lustra i wyszedł.

X.

Ona w pośpiechu umyła się, uczesała, pomalowała oczy i usta. Zadzwoniła po taksówkę, włożyła do torebki telefon, wcisnęła się w czerwony kostium i wybiegła z domu.

XI.

On szwendał się po mieście marznąc i słuchając wiatru. Myślał.

XII.

Ona spotykała się z jednymi kontrahentami i umawiała na spotkania z innymi.

XIII.

On przekradał się przez zamarznięte dzielnice i przyglądał obcym twarzom.

XIV.

Ona posyłała wypracowane uśmiechy do obcych mężczyzn i inspirowała ich swoimi ognistymi włosami. W międzyczasie popijała gorącą kawę parząc sobie drobne usta.

XV.

On przemierzał ulice i podwórka patrząc pustymi oczami w pustkę przed sobą.

XVI.

Ona przetrwała do przerwy i z upojeniem spożyła na śniadanie jogurt z musli.

XVII.

On ze spuszczoną głową zapukał do starych drzwi w jakiejś śmierdzącej bramie.

XVIII.

Ona jechała taksówką na spotkanie japońskiej delegacji.

XIX.

On przeciskał się przez tłum przed jakimś hotelem z jedną ręką pod kurtką.

XX.

Ona wysiadała z taksówki obok szpaleru policjantów i tłumu ciekawskich.

XXI.

On zamarł na dźwięk swojego przezwiska, odwrócił się i na ułamek sekundy ujrzał oko rewolweru.

XXII.

Ona energicznym krokiem ruszyła w stronę wejścia do hotelu. Ona nagle usłyszała huk. Ona ujrzała ciało, które upadło przed jej stopami.

XXIII.

Ciało miało rozszarpane czoło i tył czaszki i wyciągnięte na boki ręce, a w jednej ręce tego ciała był pistolet.

XXIV.

Ona wśród wrzasku i tumultu została odprowadzona do radiowozu.

XXV.

... a może to się w ogóle nie wydarzyło?

XXVI.

On wstał wcześnie tamtego ranka. On zrobił sobie herbatę. On zapalił papierosa. Kolejny pusty dzień. Od pół roku już nie brał. Ale nie zaczął nowego życia. Zawiesił się gdzieś w pustce pomiędzy mrocznym światem pełnym gnomów i kolorowych motyli a życiem. Wiedział, że najgorsze to siedzieć w zimnym mieszkaniu i czekać na komornika. Był głodny. Kiedyś ktoś mu powiedział, że nie będzie łatwo. Wtedy nie wiedział, że będzie aż tak źle. On ubrał się. Popatrzył do lustra i wyszedł.

XXVII.

Ona zaspała. Wstała. W pośpiechu umyła się, uczesała, pomalowała oczy i usta. Zadzwoniła po taksówkę, włożyła do torebki telefon, wcisnęła się w czerwony kostium i wyjęła z torebki małą paczuszkę. Wsypała zawartość pod dolną wargę. Jej oczy na chwilę zrobiły się bardziej zielone niż zwykle. Wsunęła stopy w czerwone szpilki i wybiegła z domu.

XXVIII.

On błąkał się po mieście. Szukał ratunku w obcych twarzach. Odczuwał przyjemność, że jest mu zimno. Takie odczucia przypominały mu, że jest trzeźwy. Z tego powodu czasem doznawał satysfakcji. Częściej jednak czuł swędzenie. Chciałby oddać się niepamięci. Ale nie mógł. Jakaś niesamowita moc dawała mu siłę, której brakło tylu jego znajomym. Oni nie martwili się teraz co zjeść, lub czym opłacić mieszkanie...

XXIX.

Ona z zadziwiającą łatwością i powabem załatwiała najtrudniejsze sprawy i wygrywała negocjacje, które inni określali beznadziejnymi. Wszystkim imponowała jej energia i entuzjazm, nie mówiąc o wyglądzie. Nikt nie zwracał uwagi, że gdy wracała z toalety, z jej oczu aż spływała zieleń...

XXX.

On wiedział, że tym razem już się nie wywinie. Stracił tymczasową robotę na budowie, cóż zima... Po sezonie nikt nie będzie utrzymywał frajera pracującego na czarno. Rodzina już nie chce z nim rozmawiać. Nikt nie wierzy, że przestał brać i pić. Patrzył na bawiące się dzieci. One są takie cudowne. Każde z nich ma szansę, żadne jeszcze nie przekroczyło progu, zza którego już nie będzie się mogło cofnąć. Ale nie każde samo wybierze, w które drzwi wejść... Niestety.

XXXI.

Zadzwoniła po taksówkę. Japończycy? Jasne, czemu nie? Stres? Nie znała takiego pojęcia. Czuła się jak ryba w wodzie, nikt nie mógł się jej oprzeć. Jej życie tętniło jej w dłoniach niczym wyrwane z piersi serce. Mężczyzna? Nie ma na to czasu, nie ma ochoty oddawać choćby centymetra swojej wolności. Cóż, że nawiedza ją w snach, nad nimi też można panować. Myślała, że sprawuje nad swoim życiem pełną kontrolę...

XXXII.

Ze spuszczoną głową wszedł w bramę. Nie był tu od ponad pół roku. Wiedział, że może nie mieć tyle siły, żeby przenieść towar i nic nie wziąć dla siebie. Ale nie widział innego sposobu, żeby zarobić na dzisiejsze śniadanie i spłacić mieszkanie. Zanim nacisnął dzwonek ujrzał jeszcze te zielone oczy i na chwilę zamarł próbując opanować konwulsje...

XXXIII.

Nawet przemieszczając się przez miejskie korki pracowała. Przyjmowała właśnie zaproszenie na wieczorny raut. W końcu bankiety i przyjęcia też są częścią jej pracy, a to że sprawiają jej przyjemność, zaspokajają potrzebę oglądania uwielbienia w męskich spojrzeniach i są okazją do wyłapywania co przystojniejszych kąsków na noc, to już nie interesuje jej szefów, którzy płacą za taksówki, za komórki, a pośrednio nawet za jaj ciuchy, a to już wszystko, czego potrzebuje na te bankiety, no prawie wszystko...

XXXIV.

Czuł w żyłach tętno. Uczucie jakiego już dawno nie przeżywał. Szło łatwiej niż przypuszczał. Tylko na początku miał ochotę wziąć działkę na otuchę. Potem dowiedział się ile dostanie za dostarczenie tego do hotelu. Podobno duże ryzyko. Ktoś miał inne plany co do tego towaru. Dostał nawet giwerę, do zwrotu naturalnie. Kasa po powrocie. I wtedy znów zobaczył te zielone oczy. Tak blisko. Może już niedługo... Nie spodziewał się tłumu i gliniarzy pod hotelem. Ale szybko się zorientował, że wszystko w porządku. Jakieś limuzyny, pewnie ktoś ważny przyjechał. Nikt nie będzie sobie nim zawracał głowy. I nagle ten krzyk. Nie słyszał, żeby ktoś do niego tak mówił od dawna... Znał ten głos... Błysk... Huk... Nie zdążył wyciągnąć broni...

XXXV.

Boże!!! Ach!!! Krew... Nie... Stała przerażona pośród krzyków i rozbiegającego się tłumu, a przed jej oczyma leżało to ciało... Na jej bordowym płaszczu ciemne plamki krwi i mózgu nie bardzo rzucały się w oczy. Ale jej otępienie spotęgowane było jeszcze czymś... Znała tą twarz, te martwe, puste oczy... Znała to ciało bardzo dobrze, kiedy jeszcze było człowiekiem... Chciałaby rzucić się i wziąć w ramiona tę martwą, kochaną głowę, ale obrzydzenie i strach zatrzymywały ją na miejscu, aż policjanci odprowadzili ją do samochodu...

XXXVI.

Pękło jej życie. Rozsypała się. Nie mogła trzymać w garści swoich nerwów, swoich myśli... Jej ręce latały na wszystkie strony, jej oczy produkowały strumienie łez. Jej wspomnienia rozbiegły się po czaszce i krążyły w szaleńczym chaosie. Nie słyszała swojego krzyku. Zabrało ją pogotowie...

XXXVII.

Oni może już nie żyją . Może ta staruszka i pies są tylko iluzją stworzoną dla mnie bym myślał, że żyję. Ale ja już wiem... Pół roku walczyłem z sobą. Walczyłem o Ciebie. Dawałaś mi siłę, której inni nie mieli. Czy wygrałem? Jedni mówią, że nie. Że z tym nie można wygrać, że można tylko na chwilę przestać, nawet jeśli ta chwila ma trwać do końca życia. Inni by powiedzieli, ci których znałem, że mi się udało. Ale tego czy rzeczywiście miałem szansę, już nigdy się nie dowiem... To koniec. Przepadło wszystko. Przez dwa lata tkwiłem w tym po uszy, co ja mówię, głębiej, zakrywało mnie to aż po koniuszki włosów. Myślałem, że dzięki temu zapomnę o Tobie. Przekreśliłem studia i swoją przyszłość, żeby odegnać demona naszej miłości, ale nie udało się. Potem dowiedziałem się, że wróciłaś... Wróciłaś jako gwiazda, bogini... Wtedy podjąłem ostatnią próbę. Skoro alkohol i prochy nie były w stanie zabić Ciebie we mnie, chciałem znów Cię zobaczyć. Rzuciłem jedno i drugie, choć nikt nie wierzył, że mój przypadek rokuje jakieś nadzieje. Jak mówiłem, nie wiem, czy wygrałem z nałogiem, ale chciałem być godzien zobaczyć Ciebie, chciałem być trzeźwy. Nie wiem na co liczyłem. Może choć na jedno spojrzenie, może na jeden uśmiech, może na więcej... Ale nie dane mi było. Nie było sposobu, by żebrak z ulicy spotkał się z Panią. Zrozumiałem w końcu, że już nic mi się nie należy. Nigdy nie przeczytasz tego listu. Podjąłem już decyzję. Nie ma sensu dłużej walczyć. To, co jest moją siłą zabija mnie. Jeśli nie Ty, zabiją mnie prochy. I tak wszystko stracone. Nie mam z czego żyć i nie mam już sił by być trzeźwym. Może tym razem uda się zapomnieć...

powrót